Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
235
OD TŁUMACZA

jako Pana, któremu przyroda służy. Przesłusznie wytknął nam to poeta bengalski. Tak było i jest. Wyjątki, jak ów święty z Assyżu, porażają swą wyjątkowością[1]. Jakże to, nam szukać braci poza — ludźmi? A w Indjach tak właśnie było. Każdy człowiek myślący uważał się za członka wielkiej rodziny — przyrody. Rzecz jasna, że na tle takich nastrojów myśl filozoficzna rozwija się inaczej, niż pośród czterech ścian, z gęsiem piórem w garści. Mędrzec indyjski, zadumany o rzeczach ostatecznych, przenosi nastrój swój na otoczenie: ziemia niby duma, przestwór powietrzny jakgdyby dumał, duma — zda się — niebo, dumają — zda się — wody, góry, bogowie i ludzie: przeto wlec, którzy z ludzi tu na ziemi wielkość posiedli, w dziedzictwie — rzekłbyś — wzięli dar dumania (Chāndōgya — up. 7, 6, 1). Nic dziwnego, że się z tych wspólnych dumali rodzi idea wszechjedności.

Ale być może, że i to nam jeszcze nie wytłumaczy genezy pomysłów upaniszadowych. I tu kolej na punkt trzeci. Sądzę poprostu,

  1. Wolno też uczynić nieobowiązującą uwagę, że franciszkanin Marignolli, posądzany nawet o autorstwo „Floretti“, odbył w połowie XIV wieku paroletnią podróż po Indiach.