Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
234
R. TAGORE: SĀDHANĀ

Coraz jaśniej uprzytomnia się sobie jedność własną ze światem.
I tu można zwrócić uwagę na punkt drugi. Jest nim niesłychane zżycie się z przyrodą, jakie poza Indjami nigdzie bodaj miejsca nie miało. Bo co innego dedukować teoretycznie jedność wszechrzeczy, a co innego czuć ją bezpośrednio, z tą siłą przekonania, jaka bije z kart Upaniszadów. Na to trzeba mieć oczy otwarte na przyrodę tak szeroko, jak je tylko w Indjach otwierano. Daremnie wertować ewangelje. Nie znaleźć w nich ani razu tych słów, z jakiemi Buddha zasiadał pod drzewem, patrząc na krajobraz przed sobą: rozkoszne jest to miasto i ten kraj cały przed nami — — — to drzewo figowe — — — ten las palmowy. — — — Cudne są Indje, słodko żyć w nich ludziom! (Divyāvadāna, str. 201). Chrystus klął drzewo figowe, które mu zawód sprawiło. Myśmy zaś skwapnie wzięli w spadku po ewangeljach nie te miłość, nad którą większa nigdzie się nie objawiła, ale te przekleństwa ciskane na obłudników, te gromy miotane na plemię jaszczurcze, to rzezanie baranów gwoli symbolom miłości, nadewszystko zaś to pokutujące od Ksiąg Rodzaju pojecie człowieka,