Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
233
OD TŁUMACZA

ich nie może, choć już był pewny, że pojadł wszystkie rozumy. A za nim powtarzają te trzy słowa potomni, przez wszystkie wieki, aż do dni dzisiejszych. I tak co chwila, co strona tych tekstów. Więc trudno mówić o jednolitym systemie. Są poglądy pierwotniejsze, są bardziej wyzwolone. Nie mało miejsc, gdzie punkt wyjścia stanowi jeszcze wiedza sakralna, rozwijająca się w coś niby magję spekulatywną swojego rodzaju i to znowu toczą się fale panteizmu i zalewają widnokrąg duchowy — te fale biją najsilniej i ówdzie widać błyski monizmu idealistycznego, który aż kusi wykładać w duchu takiego Berkeley’a — a nie wolno, bo od biskupa irlandzkiego dzielą tysiące lat pracy umysłowej i tam znowu panteizm przechodzi w teizm bardzo wyraźny, zwłaszcza w młodszych tekstach; i tak dalej. Zapewne, rozwój jest naogół widoczny. Ale chcieć te zmienne obrazy układać w jeden konsekwentny szereg genetyczny, to złudzenie umysłu dzisiejszego, operującego swą własną logiką. (Tak się łudzi prof. Deussen). Systemu niema. Jest jednak pewna ogólna tendencja i coraz wyraźniej rysuje się jeden kierunek dociekań.