Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
232
R. TAGORE: SĀDHANĀ

wrącej pracy, jaka w owem zaraniu myśli filozoficznej ogarnęła Indje. Wszystkie stany i zawody, bramini i królowie, starcy i chłopcy, żebrak wędrowny i kobieta — wszyscy dali się porwać jednej myśli: zgłębić zagadkę bytu. Poprostu pęd jakiś niewstrzymany, niby opętanie całych warstw społecznych przez ten nawał trawiących pytań: co? skąd? dlaczego? na co? Doskonale maluje się w Upaniszadach ten stan przejętych umysłów. Oto gruchnęła wieść, że jest człowiek, który wykrył, czem się to wszystko dzieje — król Ajātaśatru. Więc ciągną pielgrzymki do króla Ajātaśatru. Ówdzie znów bramin Yājñavalkya, mędrzec nad mędrce, ogłosił, że on wie. Więc się rzucają zewsząd chciwi wiedzy, a Yājñavalkya dowodzi i zbija. Bierze go na stronę sam król, najpotężniejszy Janaka. Powiadaj! I Yājñavalkya powiada i uczy. Ale to jeszcze nie to. Jeszcze nie ta ostatnia nauka, której serce królewskie spragnione. Aż odsłonił mędrzec i tę naukę, a król pada na kolana: bierz tron, bierz wszystko! oto jestem niewolnikiem twoim. Ówdzie znowu stary Āruṇi rzucił w rozmowie z synem trzy słowa, sięgające najgłębszych głębi, i chłopiec się zdumiał i nasłuchać się