Strona:Przybłęda Boży.djvu/391

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A skoro kiedyś w życiu jak orkan idący napadnie was dzieł Jego potęga, gdy zachwyt wasz popłynie środkiem nienarodzonych jeszcze pokoleń, wspomnijcie tę godzinę, przywołajcie pamięć o Nim, który taką wielkość zdziałał i na którym nie było zmazy, pomyślcie:
Byliśmy tam, kiedy Go grzebali, a gdy konał, płakaliśmy“.
Piątego maja zlicytowano jego sprzęty domowe, czwartego czerwca umarł z przyjaciół najwierniejszy: Stefan Breuning.

Czyn jego pozostał sam: świat, który począł dymić i przepełnił nasz eter. Każdy nasz wdech ma coś z niego. On cicho krąży razem z naszą krwią. Rośnie i już dawno jest większy ponad najwyższe nasze wieże. Kto wstanie obok niego?

Kto raz był w pobliżu i świętym się nie stał, ten nie słyszał. Czyż uważamy, że nic się na świecie nie zmieniło przez to, że on był? Czyż po tem wszystkiem tak samo żyć możemy przed siebie niedbale jak dawniej? Czyż posiadanie jego tworu nie obowiązuje? Nie, nie posiadanie, bo go nie posiadamy, nikt z nas go nie posiadł. Ale to, że ten twór na nasz glob opuścić się raczył i przybrać postać, którą przyjąć moglibyśmy, gdybyśmy chcieli. Myśląc o tem, nie można pozostać spokojnym: jak to możliwe, że nic nie jest inaczej? Że obrzydliwość międzyludzka nic nie zmalała od stu laty? A może jednak? Może w istocie wzrósł nieco poziom ludzkości ku prawdzie? Może choć o jeden stopień podnieśliśmy skalę naszych grzechów, tylko nie wiemy tego?