Strona:Przybłęda Boży.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Śmierć miała mniej roboty. Od wielu już lat w wieczności były uszy. Nie trzeba ich już było dobijać, jak oczy i serce i strzaskany pień. Wcześniej, przed wszystkimi, odleciały na wyraj.
Kroniki notują: Trzeciego dnia szkoły w Wiedniu były zamknięte, wojsko trzymało w karbach tłumy przed domem „Czarnych Hiszpanów“. Ośmiu kapelmistrzów niosło kraj całunu, trzydziestu sześciu muzyków, poetów i przyjaciół otaczało trumnę ścianami z pochodni, a byli wśród nich Grillparzer, Castelli, Steiner i Franciszek Schubert. Pogrzeb odbył się za pieniądze angielskiego Towarzystwa Filharmonicznego. Na cmentarzu aktor Anschütz wygłosił hołd pośmiertny poety Grillparzera. Padły takie słowa:
„Artystą był, a kto wstanie obok Niego?
Kto po Nim przyjdzie, nie będzie tworzył dalej: zacząć będzie musiał; albowiem Poprzednik jego tam przestał, gdzie kończy się sztuka.
Artystą był, ale i człowiekiem, człowiekiem w każdem, w najwyższem znaczeniu. Przed światem uciekał, bo w całym swym obrębie miłującego uczucia nie znalazł broni, by się mu przeciwstawić. Usuwał się ludziom, ponieważ dał im wszystko, a nie otrzymał nic. Pozostał samotny, bo nie znalazł drugiego ja.
Taki był, taki umarł, taki żyć będzie po wszystkie czasy.
Wy wszakże, którzy z orszakiem przyszliście, powściągnijcie wasz ból. Nie utraciliście Go, ale zyskaliście. Do domów powróćcie, smętni, ale skrzepieni.