Strona:Przybłęda Boży.djvu/392

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Malarz Conti powiedział o Rafaelu: Bez rąk urodzony, byłby także stał się tem, czem jest. Cóż powiedzieć o tym, który tem, czem jest, stał się dlatego, że nie miał ludzkich uszu... Którego czyn wyrósł daleko poza to wszystko, coby nazwać można Muzyką...
Czasem wśród niesfornie lekkomyślnego tłumu samotnym biedakiem w kącie sali zatrząśnie dreszcz najgłębszych doznań. Czasem jedna ludzka istota z nad klawiszy podniesie oczy cudownie bezradne, szukające duszy drugiego człowieka, równie rozoranej i na wieczność wzburzonej, a ręce już pomieścić nie mogą nadmiarów. I co to jest? W jakich ludów języku są rzeczy takich imiona?
Nad Izydy świątynią były te słowa (z jego notatnika tu przepisane): „Żaden śmiertelny zasłony mojej nie podniósł“.
To przecie człowiek był, człowiek śmiertelny — a wieść mówi, że umarł.
Co my ludzie — przy takim człowieku — o tem wszystkiem wiemy?
Co my...?

KONIEC OPOWIEŚCI O PRZYBŁĘDZIE BOŻYM.