Strona:Przybłęda Boży.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kowań płaszczyznowych w tak zdawałoby się wyeksploatowanych już przez nią objektach, jak ciało ludzkie lub martwa natura. Malarzom bowiem nie o te przedmioty chodzi (jak widzowi), lecz o ujrzenie przez ich pryzmat rzeczy niewyrażalnych, w bezgranicznej potencji utajonych, a będących duszą wszystkiego. Patrząc na leżące jabłko, widzi w niem nietylko (wrażeniowo) współzawodnictwo barw pojednanych w cudownej harmonji, nietylko kapryśną krągłość rzeczy zrodzonej przez szczodrze mądrą naturę; patrząc na nie, dostrzega nietylko (z punktu rzemieślniczego) całe spektrum przyrodzonej palety, nietylko zmysłowo wprost kosztuje smak tej niezrównanie bogatej powierzchni, budującej się jak krystaliczny wielościan, a w swej rozrzutnej ruchliwości życia tak imponująco, tak zrównoważenie spokojnej. To są dopiero zewnętrzne władze malarskiego oka. Pomyślmy teraz, że to jabłko leży wśród przedmiotów, które język ludzki krzywdzi mianem przedmiotów martwych: na stole ciemnym, obok serwety porzuconej, pod wazonem z japońskiej emalji; któryż z tych przedmiotów nie przyjął do wiadomości faktu obecności jabłka? Jabłko na chwilę zamknęło oczy i ma pod powiekami żywą pamięć swego bytu: czuje prażny dotyk słońca i muskanie więdnących liści, czuje żywiczną krew żywiącą je cierpliwie, czuje pod sobą melodję ptaka, a naokoło zbłękitniałe jesienne przestrzenie: wie o powadze swoich pokoleń, które przeszły, i przeczuwa radośnie przyszłe, przegradzane nocami zim. I tyle, tyle innych rzeczy, o których człowiek nigdy nie pomyśli... Kto przypuści, że to wszystko, co jest w jabłku, nie oddziaływa na jego sąsiedztwo? Jakiżby to był stół, któryby obojętnie zamknął się w politurze swego mahoniu, a nie powtórzył złotego jabłka w ciepłem i żywem odbiciu; co za wazon, który dając mu cień czuły, jak drzewo, nie drgnąłby sprzymierzeństwem cichego,