Strona:Przybłęda Boży.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nic jak goły rytm, uporczywie monotonne figury trzynutowe powracają bez końca — a przez wszystko huczy chór jak przypływ morza wzburzonego:

Uścisk dla was —
Uścisk dla was —
Ucałować cały świat...
Ucałować, ucałować —
Ucałować cały świat......

Huragan bierze rozpęd ciał niebieskich — głosy za nim podążyć nie mogą — pejzaże migają, światy rzucają się wtył przerażone — za chwilę wszystko rozbije się na miazgę — szał porwał ziemię w okrutną trąbę powietrzną! — kręci się w młyńcu straszliwego wiru! — jedziemy na osi kosmosu! — głosy zostały na ziemi, a tu globy rozkolebały się nieskończonym tańcem wesela!— z tej muzyki, bez żadnych słów, słychać wyraźnie w gromkiem tutti: Ra-dość! Ra-dość! Ra-dość! Ra-dość! Nastrój niebiańskiego finału drugiej części „Fausta“. I dalej: w zdwjonem tempie — to jest puls nieba!! Świat się pali w jednym ogniu radości!!. Kolos rozedrganej tańczącej chmury unosi się na sekstolowym pasażu — wyżej — — zadrży w arpedżjowanym wszechakordzie — — — i znika!!

Fermata pauzy, co nastała teraz, jest ciszą nakrywającą cud Wniebowstąpienia.
Taka cisza nie kończy się nigdy.
Ta cisza nazywa się: wiedza o wieczności.
Tę ciszę dano naszym nędznym pokoleniom, dano sprawiedliwym i niesprawiedliwym, jako zadatek Nieba. Z niebieskiego kruszcu jest, niesfałszowana, najprawdziwiej szczerozłota.
Ten, którego ręce stamtąd ją przyjęły i na nasze twarde, tępe, spotniałe skronie zlały, miał u nas imię Beethoven. A ona— ta kuźnica Męstwa — ten jeden