Strona:Przybłęda Boży.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już dawno, ale to nie chce przejść na papier. Grozę czuję przed początkiem tak wielkich dzieł...“

Msza rosła. I teraz, gdy on odszedł (bo wyszedł już przecież zupełnie z ich kręgu) ludzie zaczęli biegać, drzeć się i szaleć. Wydawcy wyrywają sobie jego kompozycje, ciekawa gawiedź pcha się i zagląda mu przez okna i dziurkę od klucza, miasta i państwa całej Europy zapraszają go, ślą dowody hołdu, firmy na wyścigi zamawiają nowe dzieła. Teraz, kiedy się zestarzał jak skała genezyjska, teraz wszedł w modę. Niema cudzoziemca, któryby nie zapragnął obejrzeć tego najosobliwszego zabytku wiedeńskiego. Są tacy, którzy z biurka kradną mu gęsie pióra — na pamiątkę.
A on się nie rusza. Zbyt natrętnemu gościowi zajrzy nagle w oczy jak człowiek innego świata — i nic nie rozumie. On już do nich nie należy. O co oni krzyczą? Sumienie chcą zagłuszyć i odrobić wszystko omieszkane? Zapóźno. Ja tego języka nie znam.
Tylko Msza istnieje. Już gromowe pedały huczą straszliwe Kyrie. Już rozegrzmiał się w głębnych basach uszu huraganowy, przerażający punkt organowy, jak fundament pod cały wielki ołtarz. Zwiastuje się Dzień Gniewu, dies illa, w którym straszliwy majestat rozstrzygnie wszystko.
Cóż to dziwnego że na jednej z takich wycieczek, pędząc i grzmiąc po dalekich wertepach, zapędził się w okolice nieznane, w starym surducie, bez kapelusza, na postrach wszystkich przechodniów. Zamknięty i przepełniony, rwał jak kometa w roju iskier, na miotle z gwiazd:
Tamto już wypowiedziałem. To, o co wy teraz wrzask podnosicie, nie należy już do mnie. Róbcie