Strona:Przybłęda Boży.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zagłębieniami muszlowemi, które są widoczne na wszystkich jego portretach, szczęka złożona z dwóch kości, stworzonych zda się na zgryzanie najtwardszych orzechów. Na szerokiej, ospowatej twarzy rozpostarta była barwa ciemnej czerwieni; z pod mrocznie ściągniętych brwi krzaczastych małe świecące oczy spoglądały łagodnie, cyklopicznie kanciasta postać odziana była w wytarte, na łokciach dziurawe ubranie“. Beethoven był głuchy i rozmowa z nim była dla ludzi „wręcz kłopotliwa“...
Pisarz Rochlitz bywał u niego w roku 1822. Rozmawiali wiele o Goethem. Beethoven mówił:
„Od czasu tego lata w Karlsbadzie czytam Goethego codziennie. Nosiłem się z nim latami, na spacerach i wogóle. Hm, niewszędzie go coprawda rozumiałem. On tak przeskakuje, on też zawsze zaczyna z nazbyt wysoka, zawsze Maestoso! Des-dur! Prawda? Ale on jednak wielki jest i duszę podnosi. Gdzie go nie rozumiałem, tam zgadywałem jednak — tak mniej więcej. Ale ten Goethe żyje, a my wszyscy będziemy żyli razem z nim“.
Tu Rochlitz podsunął mu myśl napisania muzyki do goethowskiego Fausta. Beethoven wyrzucił dłoń wysoko:
— „Ha! to byłby kawał pracy! Tamby się coś działo!“
I, jak opisuje Rochlitz, siedział przez długą chwilę z głową wtył pochyloną, z oczyma nieruchomie wlepionemi w sufit. Potem odezwał się:
— „Ale — ja już się długi Czai noszę — z trzema innemi wielkiemi dziełami. Wiele do tego już przygotowałem w głowie mianowicie. To najpierw muszę zrzucić z siebie. Dwie wielkie symfonje, a każda inna. I oratorjum. A to będzie trwało długo. Bo, widzi pan, od pewnego czasu ja już niełatwo nakłaniam się do pisania. Siedzę i myślę i myślę, mam