Strona:Przybłęda Boży.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z tem, co chcecie. Jestem indziej i nikt nie wie, gdzie. Wymknąłem się wam ze śliskich palców. Chwytam teraz o wiele wyżej. Po tamtem wszystkiem powinniście już teraz wiedzieć, po tamtem przygotowaniu już pojmować i być blisko. Kto nadążył? Kto rozumie? Kto ma siły jeszcze? Kto jest przy mnie, kto? Nikt? Ani jeden człowiek — ?!
Ale teraz trzeba wracać do domu, bo jeszcze się ma tego trochę ciała i trzeba je nakarmić i ułożyć do snu. Tylko jak trafić do tego domu? Znalazł się w okolicy zupełnie obcej. Nigdy tu nie był. Co to za kraj?
Zaczyna wodzić okiem, zaglądać w okna bliźnich: jak w lesie! Ani drogi, ani ścieżyny. To podejrzane kręcenie się nieznanego włóczęgi zbudziło uwagę stróża porządku publicznego.
— Hej tam! czego to tak szuka?
Ale nagabnięty nawet nie raczy się odwrócić; idzie dalej. Zwietrzył pismo nosem i chce czmychnąć żebracka hołota? A może złodziej?... Oho, już go mamy!
Policjant aresztuje wagabundę.
Nie pomagają porywcze gesty, nie pomagają dziwne sylaby, wyrzucano nieprzytomnie w powietrze razem z dziurami łachmanów — pijany, to widać! — idziemy do cyrkułu.
Tam przyjęty jest drwinami.
— A cóż to za łazęga?
Po długich badaniach, które muszą być prowadzone piśmiennie, bo żebraczyna jest głuchy jak pień, albo głuchego udaje, z poszarpanej mieszaniny surduta, kamizoli, halsztuku i czegoś tam jeszcze dobywa się mocny, groźny prawie głos:
— „Jestem Beethoven“.
W zakopconej wartowni nastała krótka cisza. Potem gruchnął śmiech szerokim zgrzytem. Ktoś stuknął palcem w czoło. Pan naczelnik wyjął fajkę z ust,