Strona:Przybłęda Boży.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztychów Hogartha, a on zbliżył się przy pierwszym duecie i został przy nas. Natchnął nas duchem swoim i częściowo grał z nami albo śpiewał, co wprawdzie brzmi bardzo zabawnie, bo on rzadko trafia w ton właściwy. Bardzo był dla nas serdeczny, co mnie radowało niezmiernie. — Nie tracę nadziei: on kiedyś jednak musi odczuć naszą serdeczność.
Ach, gdybym była mężczyzną! Byłabym najbliższym jego przyjacielem!“
Dnia 5 grudnia: „Nigdy w życiu nie zapomnę tej chwili, kiedy przyszedł i powiedział nam, że Karol uciekł, uciekł do matki, i kiedy nam jego list pokazał na dowód nikczemności. I widzieć, jak ten człowiek cierpiał, jak płakał, to było straszne! — A jednak mam bardzo błogie uczucie, świadomość, że my teraz dla Beethovena jesteśmy jedyną ucieczką. Ach, on tego nigdy zmierzyć nie zdoła, jak bardzo go czcimy, co ja dla jego szczęścia jestem zdolna uczynić!
A teraz ja i Nanny przez kilka godzin pisałyśmy z Beethovenem; bo kiedy jest tak wzburzony, nie słyszy prawie nic. Zapisałyśmy cały zeszyt. — Powiedział, że serce jego biło w nocy głośno, dosłyszalnie. Pół życia dałabym za niego!!“ —
Mija potem bardzo wiele czasu, że aż zrobiłam się znacznie starsza i już dzisiaj uśmiecham się, czytając własny pamiętnik. Był czas, kiedym drżała jak w gorączce, gdy wargi moje wilgotne, niesyte, dotknęły jego włosów nad uchem nieszczęsnem. Był taki czas.
Dnia 19 kwietnia 1820: „Byliśmy u Beethovena (ostatni raz), a nie widzieliśmy go już od roku. Zdawało mi się, że chętnie nas wita. Z nieskończenie żałosnem uczuciem ubolewałam, że skończyła się wszelka łączność z tym doskonałym człowiekiem.
Słuch jego prawie się pogorszył. Pasałam wszystko.