Strona:Przybłęda Boży.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


umniejszam go w oczach dziecka i coby tam jeszcze nie dało się wymyśleć podłego. Nanny uważa, że on będzie musiał uwierzyć w treść mego listu: ja prawie wątpię; człowiek bowiem, tak dalece pełen niezaufania do kogoś, o kim przy jakiej takiej znajomości ludzi powinien mieć lepszą opinję, taki człowiek, choćby nawet na chwilę uwierzył, przy pierwszej sposobności jednak zwątpi na nowo. Mogłoby wtenczas tylko być inaczej, gdyby miał dowody mego sposobu myślenia i działania, a tych ja mu w żaden sposób dostarczyć nie mogę. Przebaczam mu najzupełniej!“
Szorstka, twarda, kanciasta natura! A może on tak wysoko w chmury nurza czoło, że nie potrafi dojrzeć naszych dusz mizernych, tak przy jego kolosie niknących... Sumienie spokoju mi nie daje, kiedy mam urazę w sercu. Urazy do niego mieć nie mogę.
„Po południu odwiedziliśmy naszego zawsze równie drogiego Beethovena. Jakże znikło zupełnie wszystko to, co on mi uczynił! Objawił radość, że nas widzi, i przyrzekł odwiedzić nas, skoro wróci do miasta. Grał nam na fortepianie, który otrzymał z Anglji. Niewiele wprawdzie — ale Beethoven grał.“
Dnia 6 listopada: „Trzy godziny był, a ponieważ tego dnia słyszał szczególnie źle, pisaliśmy bez przerwy. Niesposób być przy nim i nie zachwycać się zupełnie jego znakomitym charakterem i głębią miłości dla wszystkiego, co dobre i szlachetne. Do moich nadziei wmieszały się lękliwe wątpliwości. Wiosną pojedzie pewno w podróż do Londynu. Może i korzyści mu to przyniesie w ekonomicznem znaczeniu...“
Dnia 20 listopada: „Wczorajszy wieczór spędziłam bardzo przyjemnie dzięki jego towarzystwu. Ja i Nanny raz też zdobyłyśmy się na śpiew w jego obecności — i co się dzieje! Myślałyśmy, że siedzi przykuty do