Strona:Przybłęda Boży.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mówił, że nie zna żadnego małżeństwa, w którem po pewnym czasie jedna lub druga strona nie żałowała decyzji; a co do nielicznych dziewczyn, których posiadanie byłby dawniej uważał za najwyższe szczęście, później przekonał się, że jest bardzo szczęśliwy, nie poślubiwszy żadnej z nich — i że całe szczęście jest w tem, iż pragnienia śmiertelnych ludzi często nie znajdują spełnienia.
Powstrzymam się tu od uwag. Ale zdaje mi się, że znam jedną dziewczynę, która, przez niego kochana, z pewnością nie uczyniłaby go nieszczęśliwym — ale czy tylko: szczęśliwym? Nanny zrobiła uwagę, że onby sztukę swoją zawsze więcej kochał niż żonę; tak też być powinno — odparł — a poza tem, że nie mógłby kochać kobiety, któraby nie umiała uszanować jego sztuki. Basta!“
W rozmowie tej brałam udział dzikiemi, podnieconemi myślami. A na to końcowe „basta!“ podskoczyłam lekko. Oj, dziwny, przedziwny człowiek, oj dziwak, oj dziwak najukochańszy, miły!...
Dnia 10 sierpnia: „Odtąd piętrzyły się różne nieprzyjemne drobnostki aż do tej historji z Beethovenem, która jest koroną wszystkiego. Wczoraj... wróciłam w deszcz do domu, kiedy jego list do ojca, w którym wyraża tak wysoce krzywdzącą opinję o mnie, do głębi mnie zabolał, oburzył nawet. Nie mogłam spocząć, nie mogłam odetchnąć i natychmiast spisałam o tem myśli mego serca. Nigdy jeszcze nie miałam tak przykrego doświadczenia, a ze strony człowieka tak bardzo cenionego bolało to tem gorzej. Gdyby Duncker wiedział, że Beethoven uważa mnie za tak niską! Bo nie umiem tego nazwać inaczej, skoro sądzi o mnie, że wobec bratanka potępiam jego zdanie i wogóle ganię postępowanie jego, stryja,