Strona:Przybłęda Boży.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nanny chyba nic nie spostrzegła.
„Był u nas onegdaj. W obejściu ma teraz niekiedy coś pochmurnego, niezupełnie przyjacielskiego, co mnie czyni bardziej lękliwą w stosunku do niego i hamuje pełne ufności zbliżenie, jakie nawiązane zostało w niektóre wieczory zimowe. — Zawołaćbym chciała, jak przy pewnych zdaniach z jego ust: tak, tak właśnie jest, bo tak czuję ja!... Jego oświadczenie, że życie nie ma dlań żadnej wartości, a zachować je pragnie tylko dla swego chłopca — rozstroiło mnie w niedopuszczalnym stopniu, bo doprowadziło mię do łez. Gorącego pragnienia mego serca, aby jemu się stać więcej niż przyjaciółmi zwykłymi, będziemy musiały razem z Nanny wyrzec się powoli. A winien tu przedewszystkiem przecież jego słuch.“
Byłam chora i dwa razy ucieszyły mnie jego wizyty. „Może to moja nieumiejętność powiedzenia mu czegośkolwiek w ciągu rozmowy albo przynajmniej otwarcia przed nim jednej myśli zapomocą drugiej, może to właśnie wprawiło mnie w taki niepokój, że podniosła się moja gorączka. — On nie nadaje się do tego pospolitego świata.
Ach, jak chętnie chciałaby słyszeć jego grę! Nieraz objawiam ochotę ku temu, ale on jeszcze nigdy życzenia mego nie spełnił. Nie śmiem wyrokować, czy to jest kaprys tylko, czy zbytnia skromność... Wczuwam się w niego i możebym też tak myślała; ale łaskawsza byłabym jednak mimo wszystko. — Nieraz staram się nie widzieć w nim tylu rzeczy ciekawych, ale wówczas mogłabym znaleźć się w takiem położeniu, że prowadziłabym życie nie niespokojne, ale jednak mniej spokojne, niż to, do jakiego przywykłam od moich burz ostatnich.“
Niepokój mną szarpie i na moje pytanie jeszcze znikąd nie mam odpowiedzi. Od strony rozumu nawet się jej nie spodziewam, intuicja leży martwa, a serce