Strona:Przybłęda Boży.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obolałe do moich oczu podobny wzrok podnosi ku mnie co wieczór, co rano — i z tym samym niepokojem pyta mnie, mnie biednej pyta...
Może we łzach moich cichych jest odpowiedź zaklęta...
Dnia 14 lipca: „Wyszłam z domu sobie na złość, ponieważ spostrzegłam, że oczekuję jego!“
Dnia 16 sierpnia: „Uwagi ojca o naszym drogim przyjacielu nastroiły mnie bardzo posępnie. Ojciec powiedział, że on nie wytrzyma długo na tym świecie... Wątpię, czy ktokolwiek mógłby żarliwiej nade mnie pragnąć, aby ten szlachetny człowiek znalazł więcej radości życia. Boję się, że to życzenie wiecznie pozostanie niezaspokojone.“
Dnia 29 sierpnia: „Czytałam onegdaj zdanie, które wydało mi się nader trafne i tak zastosowane do tego uczucia, jakie chwyta mię tak często w jego towarzystwie. Jest to tak jak przy oglądaniu dzieła sztuki: kiedy widzi się je po raz pierwszy, niepokoi nas żywa chęć zrozumienia go do głębi, poznania, ujrzenia w każdem świetle, z każdej strony.“
Dnia 8 września: „Później przyszedł pan Bernard, zjawisko dla mnie zawsze bardzo przyjemne. — Zrazu wydawał mi się trochę sztywny i surowy, a dopiero przedwczoraj przyszło mi na myśl, że to mógłby być bardzo ciekawy człowiek, ponieważ tak bardzo przecież przypomina mi Beethovena. Ów nastrój był tylko przejściowy: ten Bernard jest jedynym młodzieńcem, którego powierzchowność ma dla mnie coś pociągającego. Mogę wyobrazić sobie w nim człowieka bardzo kochanego, a jego powaga podoba mi się, chociaż jest on znacznie młodszy niż wszyscy ci, u których w powadze znajduję upodobanie.“
Myślę ustawicznie o tym notatniku i o tem, że ten człowiek często musi być bardzo, bardzo nieszczęśliwy. „Było to nieładnie, żeśmy tam zaglądały, ale