Strona:Przybłęda Boży.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyszli Nanny, Leopold i mama i rozmowa ożywiła się trochę. Wspomniał o swoich chorobach i dodał, że na to kiedyś skończy. Wówczas rzekłam mu do ucha, że do tego jeszcze daleko. Lecz on odpowiedział:
— „Zły to człowiek, który nie umie umrzeć! Wiedziałem o tem już jako chłopiec piętnastoletni“.
I twierdził, że mało jeszcze zrobił dla sztuki. Zawołałam szczerze, że jeśli o to chodzi, to mógłby śmiało umierać. A on powiedział tak przed siebie:
— „Zupełnie inne rzeczy mam przed oczami“.
Kilka tych słów rozstroiło mię bordzo, to znaczy myśl, że mógłby umrzeć wkrótce.
Jego zjawienie się, chwila przelotna dobrego humoru rozwiała niemiłe uczucie. Ta przekorność w usposobieniu, te jego dowcipki są tak oryginalne, jak jego poezja muzyczna. Oby przychodził jak najczęściej!... Oby można mniej się wstydzić i wszystko mówić mu tak, jak się myśli.
Ojciec rzekł do nieego kiedyś na początku: „Moje córki też grają pana“ — a muzyka wtenczas właśnie prawie wygnana była z naszego domu, czego później często żałowałam.
I pamiętam także inny wieczór, kiedy z nami baraszkował jak dziecko i przed atakami chronił się za palisady z krzeseł.
Kiedyś przyszedł wiosną i wręczył nam fiołki ze słowami: „Przynoszę wam wiosnę“.
Chcąc mówić do niego, trzeba być zupełnie blisko ucha; często jestem w wielkiem zakłopotaniu, kiedy muszę przebrnąć nawet przez siwiejące włosy, co zakrywają ucho. — Gdy się na niego patrzyło, można było przypuszczać, że włosy te są twarde i szczecinowate, ale w rzeczywistości są one bardzo miękkie“.
Czy ten wielki, niezwykły, genjalny człowiek jest subtelny w uczuciach? O to pytam siebie często, co-