Strona:Przybłęda Boży.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wprowadza miłą treść do mego życia. Myśl, że on wieczorem może będzie u nas, raduje mnie przez cały dzień“.
Byłam za miastem na pustych drogach i nad wodą jakąś o zmierzchu. Jego muzykę słyszałam nad sobą. Tyle mam w życiu myśli — smutnych i jasnych — tyle pragnień, niepokojów i tak tłumne wspomnienia — tyle marzeń zbyt pięknych, aby mogły być rzeczywiste — a nad tem wszystkiem króluje jedna o nim myśl — o bracie — o starszym przyjacielu — o mistrzu, nie...!
A kiedy go widzę w pewnej chwili przed sobą, jasno, bez fantazji, takim, jaki był wczoraj wieczorem w półmroku zielonego abażuru, zamyślony, przez bliską ścianę patrzący niewiadomo w co, taki codzienny, obcy, a właśnie największy, ogromny, taki jak ja chcę, żeby był — rozczochrany, nic o nas niewiedzący, ani o Wiedniu, ani o świecie tym przypadkowym — wówczas głowa moja wolno się zakołysze, pochyla wbok, i zamęt czuje okropny i lecę gdzieś i czepiam się rozpostartemi ramionami o pierwszą w pobliżu rzecz stałą, stojącą w miejscu — i widzę, że ta rzecz nieruchoma, w powszechnej płynności niewzruszona: to jego ramię twarde i mocne. I jego dobre, dziecięce, zalęknione oczy.
„Co to było?! — tak wykrzyknęłam po rozmowie, jaką przed chwilą miałam o nim z Nanny; czyżby już tak interesującym, tak drogim miał się stać dla mnie, że ta żartobliwa rada mojej siostry, abym się nie zakochała w nim, tak bardzo rozgniewała mnie i zabolała?“
Nie! Nanny jest wścibska i niedelikatna. Biada mi! Po całem piekle błądzeń w samotności znajduję ducha bliskiego — i zaraz go brudzić tak niskiem określeniem. A to nieprawda! Nieprawda, nieprawda! Zbliżając się do niego, muszę go więcej cenić i szano-