Strona:Przybłęda Boży.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mrocznie, tak samo odludnie, tak samo niepokalanie przeraźliwie cicho...
Jest ponadto Symfonja Pasterska smętnym pamiętnikiem żywota, który dobiegał kresu. Jakżeż się dziwić! Tak już chciał Stwórca, by na tym globie istota zwana człowiekiem, miała oczy, usta, mózg, serce i uszy. Tak, uszy mają przecież wszyscy ludzie. Więc nagle stanąć wobec musu oddania ucha — czy to łatwo? Czy uczyniłby to ktoś tak odrazu, bez jednego słowa? Będę musiał chodzić latami, do samego kresu życia, bez uszu, jak wy to nazywacie „głuchy“, będę musiał w stosunkach z życiem poprzestawać li na tem, co widzę, co czuję smakiem i dotykiem, co myślę. Więc pozwólcie mi teraz, w całym spokoju, na zawsze spisać, co słyszałem dokoła siebie, kiedy nie byłem jeszcze kaleką. Ja przecież wyraźnie jeszcze pamiętam. To było tak niedawno. Pamiętam, jak to wiatr śpiewa w jesień, jak lipa dźwięczy pszczelnym chórem, jak huczy kamień w wodospadzie, jak skrzy się tonami symfonja upału. Znam wszystkie pluski, szmery, huki, poświsty, szepty, hukania, syki, wabienia, trele, dygotania, szumy, bulgoty, drżenia, wycia, dzwonki, cykania i zgrzyty. Tu je zamknąłem w oprawie harmonji. Uwieczniłem wszystkie burze, gromy, nawałnice, tucze, pioruny, ulewy, zadymki, wichry, huragany i zawieruchy. I wszystkie cisze. Słyszący byłem. Nic, co brzmi, nie było mi obce. Ten żywot mój kończy się. Idzie godzina, kiedy nie usłyszę ani ziemi ani rzeki ani wiatru ani ognia ani człowieka ani ptaka. Idzie godzina, kiedy najdalsze fale istnieć mi przestaną, kiedy najbliższy grom nie przerazi mnie. Kiedy wszystko, wszystko zastąpi mi szumny, długi, nieustający warkot w krętych ścieżkach ucha.
W długiej godzinie spokojnego wyrzeczenia żegnam się z rozmową wód, gadaniem lasów i słyszalnym na ziemi oddechem. Przeciągłym pocałunkiem rozstaję