Strona:Przybłęda Boży.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skazitelnej, natchnionej harmonizacji. Przeciwstawiają się sobie śpiewne struny skrzypiec i krągłe dźwięki fortepianu, przeciwstawiają bez sprzeczności, lecz z pojednanym, zgodnym smutkiem dwóch półkul. Potem fortepian zawtóruje smyczkom nagłemi figurami, co są jak rezygnacyjne westchnienie góry. Potem wzbierze nagłem wydęciem żagiel trybu z chromatyką przypływu obcych wiatrów — i uciszy się w zamierającej kadencji. Potem w najdelikatniejszym pogłosie zadrży głębokie wspomnienie zgodności staccatowych smyczków — i oto wreszcie fortepian z gestem zadumanej kobiety zgarnia wszystko w palmową misę białej dłoni, skupia powoli, by podnieść i zawiesić wysoko, nad głowami, na złotym gwoździu zapatrzonej fermaty.
I już biegnie, wesołe jak łowcza gonitwa, Rondo, pędzi, pluska, skacze, śmieje się, wewnętrznie uszczęśliwione. Ale nie może zatrzeć natarczywej pamięci o tamtem. Przebrzmiało, ale było jak nigdy. Zostawiło za sobą jasny szlak, ciężar i błogość.

Na lato w tym roku nie pojechał Beethoven, jak zwykle, w letniskowe okolice Wiednia; wybrał się na Węgry do hrabiego Brunswicka i do majątku księcia Lichnowskiego na Śląsk. W dobrach Brunswicka wykończył Appassionatę, dedykując ją gościnnemu gospodarzowi. Poczem dłuższy czas spędził pod Opawą, u Lichnowskiego. Książę któregoś październikowego dnia zaprosił do siebie grono francuskich oficerów, którym dla pobudzenia humoru przyrzekł, że usłyszą grę sławnego muzyka Beethovena. Nie pomyślał o tem, że nie mogło być dla tego muzyka nic bardziej obcego nad wysiadywanie salonowych adamaszków, wśród słodko wygładzonej konwersacji z manekinami w złoconych szychem uniformach. A każdy