Strona:Przybłęda Boży.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sypie żar popiołów. Wiedeń w poruszeniu. Trwoga targa dzwonami nad Dunajem. Bataljony ochotnicze wyrastają z pod ziemi. Cichy przestwór przeszywają krzyki, echa, echa dalekiej, ciągnącej burzy. Trwoga dzwoni. Naprędce Beethoven komponuje dwie pieśni patrjotyczne; mają porwać, cisnąć żagiew, rozpłomienić!
Pokój w Leoben. — Krótka nawałnica cichnie, nastrój przemija, dwie pieśni patrjotyczne nie wskórały nic. Później pod jedną z nich sam kompozytor podkłada tekst piosenki hulaszczej. Jedna i druga, dniem podyktowane, z dniem razem zaszły.

Sonaty i symfonje są milowemi kamieniami jego drogi. Po pierwszy trzech sonatach, korzeniami naiwnie tkwiących jeszcze w dzieciństwie bonnońskiem, wyłania się pierwszy, zarysowany zdecydowanie, brzemienny, mocny, pierwszy odruchowy, nie z chęci, lecz z musu wewnętrznego wywalczony — kontur Sonaty Czwartej (es-dur op. 7).
Zrodzona w pogodzie młodości, w rozpierającym hymnie na cześć życia, pędu, wesela, przyjacielstwa i dobrej woli. Słońce, wiosna, śpiew, dytyramb. Potem Largo, pierwszy ton w tym szerokim patosie adagiów beethovenowskich — prostotą wielkie, pokorą maluczkie. I znów skok butny w rozswawolonem Allegro, by zaraz utonąć w sobie, zamknąć się na pięćdziesiąt taktów, nie być w świecie, zginąć w gadaninie najgórniejszych konarów dębowych w szumny wieczór jesienny — i słyszeć w niej miarowy rytm bałwanów morskich, kiedy w przerwie między falami dwiema słychać szloch wiekuisty, kiedy grzywą każdej korony drzewnej trzęsie ciężki spazm rozterki, między sękami tłucze ciężkie skrzydła duch pokutniczy, co ptaszę liche wypłoszył i z gniazda w bagno rzucił, a potem