Strona:Przybłęda Boży.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


smutku na czole, co nie śmiało się nigdy, z duszą jasną i cichą. Mówi jej nieraz syn, że tylko w niej ma zwierciadło swoje, że cichy jej profil poniesie z sobą na zawsze przez życie całe, całe...
A Jan tymczasem, kurcząc dochody, na trunek wydaje skąpe talary i u księcia-łaskawcy żebrze faworu i grosza.
W tej atmosferze przychodzi na świat Ludwik van Beethoven.

Pierwszych kroków uczyły go brutalność i człowiecze zwierzęctwo. Wśród ciosów krzepnie nazewnątrz już w chłopięcych latach i opiekunem staje się ojca własnego. Do bezwzględności życia przywyka wcześnie i wczas uczy się odzewnętrzniać punkt ciężkości, wszelką chyżość mijających fal sprowadzać do wnętrza, do odśrodkowego sensu. Oto sztandar przyszłych wielkich bitew. Tylko tak niesłychana potencjalność przedrzeć się mogła bez szwanku przez zgniły opar rodzicielskiego pijactwa, przez powabną błyskotliwość laurów „cudownego dziecka“, przez ordynarność fałszywych metod pedagogicznych. Od wczesnych lat zwrócony ku nieznanym głębiom, przeocza nieznaczne szczegóły życiowe i niekiedy przytem skronią uderza o wystające stwardniałości zwyczajów. Stąd za roztargnione, nieokrzesane dziecko poczytywany bywa. Ale się w nim wcześnie grube oczy ludzkie dopatrują przebłyskujących ogni i mówią: „talent!“ Na akademjach grać, o przychylność książąt żebrać, kiesy przysporzyć wagi — droga obliczona nieźle na zasypanie popiołem krynicy u samego początku.
Od czwartego roku życia niezwykły talent dziecka wyzyskuje ojciec w kierunku obiecującego źródła dochodowego, przewrotnie zapatrzony w karjerę cudownego dziecka Mozarta. Wiele opowiadano o tem wśród