Strona:Przybłęda Boży.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


znajomych, jak widzieli nieraz Ludwika, „małe chłopię na ławeczce stojące przed fortepianem, nieubłaganą surowością ojcowską tak wcześnie do niego przykute“.
To wszystko nie skoszlawia. To sobie tam którąś drogą mizernie się toczy, a chłopię tu jest i w siebie wpatrywać się poczyna z rozkoszną ciekawością. Już pierwszy zjawia się pedagog i podnieca pierwsze gorączkowo w duszy wibrujące struny.. „Rzadko Pfeiffer na flecie grał... Kiedy wszelako grał, a Ludwik na klawikordzie mu przygrywał, to na ulicy ludzie przysłuchiwali się z uwagą i chwalili piękną muzykę“.
Ów Pfeiffer jednak, śpiewak i zdolny pianista, zaszczycony w historji muzyki tytułem pierwszego nauczyciela Beethovena, przez ucznia swego w późniejszej nędzy wspomagany pieniężnie, w świetle prawdy nie okazuje się godnym tego miana. Raczej był dzielnym towarzyszem pijackim ojca — i dowiadujemy się, że kiedy nieraz po nocnej hulance wracali obaj do domu, wyciągali chłopca z łóżka i do rana znęcali się nad dzieckiem, każąc mu grać na fortepianie.

Staje więc dziecko najzupełniej bezradne, zamknięte, brwi marszczy i zaciśnięte piąstki kładzie na klawjaturze, którą mu znienawidzić każe ojciec, każe nauczyciel. A z klawjaturą duszyczka związana raz na zawsze. Wściekłe łzy grożą z oczu rozwartych w przerażeniu. W duszy rwie i ściska, w duszy do czegoś tęskni, a niema ręki, niema pieszczoty, niema rady. Pierwsze odruchy życia zatruwa gorycz rozterki, trzymająca się zawsze zdala od dzieci, przetapiająca boleśnie tego już-człowieka.
Jakżeż mu teraz dzieckiem być, za motylkami hasać i w mirażach radości się nurzać! Radość zachowają mu losy na kres życia. Teraz krzepnie, odgradza