Strona:Przybłęda Boży.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przyszedł daleką drogę, przez Bacha i Haydna. Ale już w pierwszym etapie drogi wyzbył się wszelkich rodowodów. Miłość i boska tęsknota łączy go z nimi; ale tam gdzie Haydn niewyraźnie przeczuwał i w pierwotnej sile swej muzyki szukał i pytał i nieśmiało się buntował, tam gdzie wielki Bach w potędze rytualnej modlitwy widział Boga na grzmiących tumanach organowych unoszącego się gdzieś w górze — on od zagadki wyszedł, gestem tytana rozwalił bramę, siebie cisnął, przełamał — i twarzą w twarz, w samym sobie, stanął wobec Najwyższej Tajemnicy. Starego Zakonu Muzyki nie zburzył, ale wywyższył go nowem przymierzem. I oto staje się Wielkim Błogosławiącym, dobrym bogaczem, co w szeroko rozlanem milczeniu rozdaje i rozdaje przez wieki.
Imię jego — to nic, tylko kształt dla naszych wyobrażeń. On sam stoi bez imienia, płonącą żywą rzeźbą wryty w ton każdej zasłuchanej duszy. Anegdota jego życia — zwodnicza bajka, pokrywająca wielkie misterja. Tajemnica jego, wielka tajemnica — to niebywałe spięcie dwóch biegunów życia — Bólu i Radości — czyn jego: napięcia dwóch tych biegunów kosmiczne wyładowanie w sile zwartego pioruna.

Poczęło się to życie pośrodku bólu, mroku i duszności. Zjawiło się tak nieprzygotowanie, tak blado, że on sam chwili swego przyjścia oznaczyć nie umiał, a pytany, mylił się o dwa lata.

Dziad Ludwik van Beethoven, emigrant holenderski, dostojna postać patrjarchalna i duchowy ojciec swego wnuka-imiennika, któremu przekazał wielką część przymiotów duszy i charakteru, umierając (1773) zostawił niegodnego syna Jana i godnego wnuka Lu-