Strona:Poezye oryginalne i tłomaczone.djvu/166

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Kiedy cię dla ludzi nieba stworzyły,
    Daj się użyć;
    Jam ci gotów służyć,
    Ze wszytkiéj mojéj siły.



    211. Rozjazd.

    Bóg cię żegnaj, Kasiu! Nieba zazdrościwe
    Już nas dzielą. Coć im były krzywe
    Przyjaźni nasze szczere i prawdziwe?
    Już tedy na pożegnanie,
    Przymi to ostatnie pocałowanie,
    Przymi zbiegłą duszę
    W usta twe: ja-ć wytchnąć muszę.
    Ucieszy się cale ten, co między bogi
    Wydał na nas taki wyrok srogi,
    I zerwał miłości związek tak drogi;
    Jedneż nas wypuszczą wrota,
    Ciebie, miła, z domu i mnie z żywota
    I w jednęż godzinę,
    Ja w trunę, a ty w gościnę.
    Jeszcze-bym się skarżył, lecz żalu ponowa,
    Niedomówione ucina słowa,
    I dusi się w piersiach zaczęta mowa,
    Kiedy mi słów nie dostaje;
    I ponieważ milczkiem serce się kraje,
    Niech za słowa, łkanie,
    Za mowę, gorzki płacz stanie.
    Jedź-że tedy z Bogiem; a ja odbieżany,
    Skończę prędko żywot opłakany,
    Albo przez żal albo przez własne rany.
    A ty umierającemu,
    Nie żałuj któréj łzy słudze twojemu;
    Chociaż nie z miłości,
    Nie z łaski, ale z litości.



    212. Do Jagnieszki.

    Bez ciebie, moje dziewczę, tak leniwym krokiem
    Czas mi bieży, że jeden dzień zda się być rokiem
    A z tobą tak dni lecą[1] i tak mi czas ginie,
    Że cały rok i jednéj nie zrówna godzinie.

    1. W wyd. pozn. wydrukowano: dniieżą.