Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I nieraz, gdy błądził po morzach bez końca,
A zdala drgał zachód purpurą krwi słońca —
On roił: O, zajdź moje brzemię!
I wołał snu głodny — przez obszar ten wodny:
Na ziemię! na ziemię! na ziemię!

I oto na ziemię nadpływa widziadłem —
I w sercu od długiej tęsknoty pobladłem
Nadzieją zapala się nową:
Tu znajdę dziewczynę — z nią razem popłynę,
Gdy słodkie wyrzecze mi słowo.

I serce mu gore uczuciem różanem,
Wieczyście jednakiem, a wiecznie nieznanem —
Przed nową dziewicą znów klęka —
I do nóg jej pada — i klątwy jej składa —
I serce na nowo mu pęka.

Nie było bo w Indyach — w Egipcie — w Judei,
Ni w żadnej krainie, gdzie widmo nadziei
Mu lśniło, by żar błyskawicy:
W Helladzie ni Romie — nie było widomie,
Nie było dlań wiernej dziewicy.

I straszną zawieją mu w sercu szaleją
Pragnienia, co rosną — i giną — i mdleją
I schodzą na głuche bezdroże,
Aż z bólu zawoła: Ach, wyjść z tego koła!
Na morze — na morze — na morze!

I wiecznie na fali — na ciemnej — na słonej,
Aż płaczą delfiny — aż płaczą trytony,
Ów okręt się błąka ponury,