Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dusze człowiecze, w których się głęboka
Jątrzyła rana, a zemdlone ręce
Na skroniach łagodziły swe cierniowe wieńce.

I wtedym nową poznał tajemnicę,
Nie jeden byłem tu osamotniały,
Co moim równe przechodził łzawnice:
O, były duchy, co jak ja cierpiały,
Poznawszy jęki te same i szały,
Które ja miałem w pieśni mej wysłowić —
I nowej jutrzni zwiastować hejnały,
Co już na niebie zaczyna różowieć,
A słońcem, co w niej świeci — to dusz wszystkich Spowiedź.

Tysiące było dusz, co jak fakiry,
Nad własnem łonem zwisły obwinięte
I świat zewnętrzny malowały w kiry
I jakieś tchnienie miały dlań przeklęte.
Ale nie tylko dla świata zamknięte,
Lecz i dla innych owych dusz bez słońca.
I były wzajem sobie niepojęte
I wzajem obce śród braci tysiąca:
Bo jednakość nie łączy tu, ale roztrąca!

I świat im cały zdawał się umarły
I dla każdego on jeden był w świecie,
Aż się te duchy jednorodne starły
I na tej samej zeszły się planecie.
A naprzód jeden drugiemu pierś gniecie,
Jakby chciał wyprzeć z ziemi jego ducha.
Aby go uwieść w swoje własne siecie,
Ale, gdy każdy własną krwią wybucha —
Stała się dusz walczących straszna zawierucha.