Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Owo to starcie było niby fala
Iskier tysiąca, co moc wzajem sączą
W sobie — i jedna drugą wciąż podpala
I razem w światło potężne się łączą,
Aż onę walkę w przymierzu rozplączą,
Aż owa burza przelewa się w ciszę,
A w niej okryte włosianą opończą
Uspokojone przyklękły derwisze,
Poznawszy, że braterstwo jakieś ich kołysze.

We wszystkich było rozdarcie; we wszystkich
Osamotnienie, jakoby zatrata
Człowieczych pragnień, uczuć towarzyskich
I wszyscy mieli więzienie ze świata.
Lecz — oto każdy znalazł ducha brata
I każdy znalazł bratnich dusz tysiące —
A każda w jasne wyżyny ulata —
I co na wszystkie rozpierzchło w niej końce —
Spieszy wiązać w harmonię na niebieskiej łące.

I owe duchy samotne jak groby
Stworzyły sobie jakiś świat wysoki,
Gdzie nikły wszystkie przypadku żałoby
I praw wieczystych płynęły potoki —
I na wyżynach tam — jęli wyroki
Na siebie głosić — i wzajemnie winy
Swoje wyznawać — i rozpędzać mroki,
Co jeszcze były śród tej dusz wyżyny
I tak się oczyszczali na potężne czyny!

I nie samotni byli już, nie ślepi
Na to, co w ludzkich źrenicach łzę pali.