Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Roiłem naraz tęczą być i głazem,
Znać świata wielkość i własną swą małość —
I ten mi poryw był nieba rozkazem
I jakąś dziwną duszy mej dał białość,
I czułem, że, choć lichy, idę w doskonałość.

Lecz duch we własne zapatrzony tajnie,
Na dwie się rozdarł istoty odmienne:
Jedna płynęła w świat nieurodzajnie,
Taka bezwładna jak widzenie senne,
A druga miała spojrzenie płomienne
I jak nóż ostre — i tamtę swym nożem
Krajała ciągle, aby jej bezdenne
Tonie przeniknąć. Lecz, ach, my nie możem
Poznać, co jest w tem morzu i co jest tem morzem!

Bo, gdy na dwoje duch się rozkaleczy:
Na wzrok, co siebie samego poznawa —
I rzecz czy widmo poznawanej rzeczy —
Wnet miarę gubi... A gdzie jest podstawa,
Coby mu dała znaczyć własne prawa?
Czy poznająca czy też poznawana
Połowa ducha prawdę mu podawa?
Tak dusza w własne łono zasłuchana
Traci jaźń swoją własną — rzekłbyś — obłąkana.

Straciłem siebie. Czy odnajdę zgubę?
Lecz, kiedy nożem wewnętrznego oka
Przebiłem serca mego ściany grube,
Oto mi nowa zabłysła epoka.
Nocy się mojej rozwiała powłoka
I drugie dusze ujrzałem w jutrzence,