Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I duch mój pełny był samozachwytu,
Mając granicę miłości u brzegu
Swej własnej Jaźni. A bielsza od śniegu
Zdawała mi się dziedzina mej Jaźni.
Aż tyś mię przyszedł zdruzgotać, mój szpiegu,
Zwątpienie, kacie mojej wyobraźni!
I tak w samozachwycie byłem jakby w łaźni.

Aż mię zwątpienie młotem swym uderzy,
Wołając: Kłamiesz. W duszy twojej nędza
I lepsze nieraz serca u pasterzy,
Których w dalekie ziemie głód zapędza.
Tak się skrzywiła moich rojeń przędza —
I oto w drugą padła ostateczność:
Czułem, że we mnie mieszka jakaś jędza,
I czułem w sobie upadku konieczność
I słabości mej hańbę — i mych żądz wszeteczność.

I czułem siebie najlichszym śród ludzi
I próżnom pytał: Po co żyję, po co?
I zazdrościłem temu, co się trudzi
Tam, gdzie żelazne topory łomocą —
I duch mi własny wydawał się nocą
I na cierpienia stał się własne głuchy,
Płacząc nad każdą łzą, każdą niemocą
I duch mój cały przeszedł w inne duchy —
I czułem się bezsilny dia nich, bez otuchy.

I znowu wszedłem w swoje własne głębie
I, własną niemoc piętnując żelazem,
Na jakimś głuchym stanąłem porębie —
I chciałem sobą być i nie być razem;