Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dobrą samotność jest; wielką mistrzynią
Dusz, które w tłumie nie znajdą rodzeństwa;
Wieszcz się rozumie z swą siostrą pustynią,
Nad gwar mu ludzki milsza leśna gęstwa.
W puszczy rozwiniesz w sobie z człowieczeństwa
To, co najlepsze w tym lichym rodzaju.
Tu — ujdziesz tego rozdwojeń szaleństwa,
Które wygnaniem jest piekielnem z raju:
Tu wrócisz swoją duszę do harmonii kraju.

O, zgody pragnę — skłócony ze sobą,
Harmonii szukam i straconej drogi!
Otom ją znalazł, okryty żałobą:
Nędznem jest wszystko pod prochem mej nogi!
Jam jest najwyższy — jam jest jako bogi!
We mnie jest koniec i początek świata,
Nieskończoności we mnie są rozłogi,
We mnie wieczności niezmierzone lata:
Moja myśl prawa bytu splata i rozplata!

I byłem wtedy jako człowiek chory,
Co swą chorobę ukochał — i woła,
Że nie tak właśnie chorzy — to potwory
I już nie umie wyjść z tych rojeń koła.
Modli się owszem — niby do anioła,
Do swej choroby. I tak własna dusza
Była mi normą wszystkich dusz — i zgoła
Pustynna we mnie nastąpiła susza,
Gdzie serca nic nie dziwi i nic już nie wzrusza!

I zdało mi się, żem jest osią bytu,
Najdoskonalszy śród istot szeregu;