Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jadowitemi skruszyłem rozczyny
I w sobie chciałem stworzyć Eldorado —
I szedłem w dal od ludzi z twarzą trupio-bladą.

I tak śród tłumów byłem jak na piaskach
Sahary... Ludzkie, gdym widział postaci
Pytałem: co się ukrywa w tych maskach?
Cóż to za cienie? I tak dusza traci
Moc odczuwania bicia serc współbraci
I w przestrzeń idzie — coraz bardziej ranna,
I samotnością coraz srożej płaci.
Jakaś ją boleść rozdwaja otchłanna
I kłótnia z samym sobą w piersiach nieustanna.

Samotny jestem, o, samotny taki,
Jako samotnych szczytów gór śnieżyska,
Jako samotne na wyżynach ptaki,
Którym w źrenicach jakaś groza błyska.
I łzy mi owo sieroctwo wyciska;
Lecz wokół tylko pustynia bezbrzeżna,
Aż we mnie pychy jakieś wężowiska
Syczą: dlaczego ta wyżyna śnieżna?
Bo dusza twa zbyt dumna i zbyt niezależna,[1]

Taki, zaprawdę, głos słyszałem w sobie —
I wąż mej dumy ukochał te szczyty,
Na których dusza w samotnej żałobie
Chmury i orły, wichry i błękity
Za towarzysze ma. A choć nie syty —
Duch kocha głód swój. I dziwnie mi błogi
Zdał się ten spokój i nadpospolity.
Samotne żyją na lazurach bogi
I orły; niedostępne są urwiste drogi.


  1. zamiast , powinna być na końcu .