Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Od bolejących istot świata płyną,
Z mym własnym bólem łącząc się wzajemnie,
Aż się rozleją straszną łez lawiną,
Aby na świat wylecieć serdeczną nowiną!

Zgubiłem ścieżki na drodze żywota:
Myśl moja w błędne ulata przestwory,
A serce moje straszna burza miota —
Aż duch mój pada bezsilny i chory.
W niespanych nocach budzą mię upiory,
Co mi w bezładną rzucają ruchomość
Mózg, w którym krwawe dzwonią mi nieszpory:
Podemną głucha jest przepaści stromość,
A we mnie nieskończona cierpień mych świadomość.

We dnie i w nocy — w mieście i na polu
W serce swe patrzę czujnem okiem stróża,
Wiecznie ścigany klątwą mego bolu, —
I coraz głębiej oko się zanurza
W chaos, gdzie wyje ta okropna burza.
Cierpiałem wiele. Dziś jam obojętny:
Nic mię nie dziwi — nic mię nie oburza,
Nie zadrży we mnie wybuch krwi namiętnej,
Nie wiem, gdzie dla mej duszy znaleść strój odświętny.

Nie wiem, bo nie mam żadnej duszy bratniej.
Takem śród własnej zamknął się dziedziny:
I nieraz sądzę, żem z ludzi ostatni,
I nieraz sądzę, żem z ludzi jedyny.
Zstąpiłem w siebie — i wszystkie sprężyny,
Które mię z ludzką łączyły gromadą,