Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


V.


Była pustynia obszerna, a w niej groty samotne, a w grotach cisza mędrcom przyjazna. Przesiadywali w grotach pustelnicy czcigodni, oddani kontemplacyom i rozmyślaniom. Ci, aby gwaru światowego uniknąć, tu się schronili i tu w samotności potęgę swoją kształtowali; wierzyli bowiem, że potężnym bywa człowiek tylko wówczas, kiedy stoi sam. Więc jedni pochyleni nad cyrklem i mikroskopem szukali prawd natury, inni w niebo patrzyli; inni wreszcie w samych sobie zagłębieni, zdawali się zewnętrznego świata nie dostrzegać. I tak poznawali tajniki rzeczy niebieskich, ziemskich i ludzkich.
Tłumy młodzieńców szły na pustynie — i słuchały ich nauk, pytając o zawiłe sprawy ducha, a najwięcej było takich, co na pół drogi do mądrości — nie osiągnęli prawdy uczonej, a naturalną prawdę zatracili. I smutne mieli oczy — i szli ku mędrcom jedni za drugimi. A z nimi był ów młodzieniec, co gromił czarne proroki: ten przysłuchiwał się tylko skargom cudzym — i bolał nad ludźmi...
U jednego z pustelników był młodzieniec i tak mówił do niego:
Mistrzu! ja zatraciłem tajemnicę wiary. W sercu mojem za lat dziecięcych obudziła się trucizna zwątpień — i wierzyć przestałem, a dumny byłem z tego, że już umiem nie wierzyć i bluźnić potrafię. I szatana uczciłem naprzeciw Bogu, i jako chorągiew ducha swego