Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A był poeta jeden (rodzaj to ludzi gadatliwy i bezużyteczny), który stał pod krużgankiem i wołał głosem tak mocnym, jakby chciał morze huczące przekrzyczeć...
— Słuchajcie mojej pieśni! Ja wam śpiewać będę o rzeczach wielkich i świętych.
Ale głos jego zagłuszyły krzyki tłumu, a zwłaszcza niektórych, co wołali:
— Najlepsze mydło! Najlepsza czekolada! Najlepsze szelki!
I nowy rozruch wszczął się w tym pałacu, ale wnet ponad wszystką wrzawą zapanował głos jeden — piskliwy i żałośny głos starca, co pod pałacem siedział, rąk i nóg pozbawiony, i mówił:
— Dajcie grosik biednemu kalece!
Przechodzili ludzie, ten dał, ów nie dał, ale więcej nie dało... A jeden, opasły poczciwiec o twarzy dobrodusznej — mówił:
— Wszystko dobrze, aby tylko spokój mi dali!
Ten był królem filistrów, którzy są ludźmi, nie czyniącymi zła ani dobra... Ten tylko zdaleka patrzy na ruch w Złotym Pałacu.
A tam nowy hałas:
— Flik i Flok zbankrutował! Sandwich i Fidżi w wojnie! Prokonsul Mozambiku umarł!
Popłoch był ogromny, a jakiś bogacz, co o tem wszystkiem wiedział już przedtem — z radości klaskał w ręce i wołał:
— Wygrałem, wygrałem!
W innej stronie dał się słyszeć wystrzał z pistoletu, bo ktoś — widać przegrany — w łeb sobie palnął.
Na chwilę przycichł gwar i każdy pytał, co to znaczy, ale wnet ktoś zawołał: — Mniejsza o to! — i dalej zahuczało. A dwóch statecznych panów wyszło na ulicę i jeden rzecze drugiemu:
— Okłamałeś mię! Jestem zrujnowany!