Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I kijem go uderzył, a ten mu oddał, i potem dalej szła wymiana kijów...
A wokół stała gromada ludzi biednych i nędznie odzianych — i ze śmiechem walce ich się przypatrywała...
— Cha, cha! Patrzcie, jak się dwa panowie biją! Który weźmie? Co?... Oho, ten co wygrał mocniejszy... Patrzcie, co to mu z kieszeni wypadło. — Plik złota! Dalej — łapaj!
I walka była między niemi o ten plik złota — i włosy padały — i krew płynęła z rąk i twarzy — a jeden upadł na ziemię... Kobieta jedna, staruszka co stała nie blisko, ulitowała się nad nim i mówi do sąsiadów:
— Ady, pomóżcie nieszczęśliwemu! Podajcie mu rękę, żeby się podniósł...
A na to odparł opasły Filister:
— Wszystko dobrze! Aby mi tylko spokój dali...
A drugi powiedział: Dobrze moja staruszko! — i kopnął go nogą, aby ten gorzej jeszcze upadł...
I rozbiegł się tłum nędzarzy, a pod złotym pałacem na nowo słychać było piskliwy i żałosny głos żebraka:
— Dajcie grosik biednemu kalece!
Tymczasem, zagłuszony tą wrzawą, gadatliwy syn Apollina poszedł innych szukać słuchaczy. A stała na obszernej zielonej równinie gromada panów i pań — pięknych i pięknie odzianych — i do nich mówił:
— Słuchajcie mojej pieśni! Ja wam śpiewać będę o rzeczach wielkich i świętych...
Ale oni go nie słuchali, bo właśnie obszernem polem jak wicher pędził bułany ogier, a na nim chudy jak tyka jeździec w żółtych majtkach, czerwonym surducie i zielonym krawacie. Ogier zwał się Wicher, a jeździec Graf.
I zebrani panowie wołali: