Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.


A kiedy owi szli na pustynię, w Mieście tymczasem niemałe pozostały gromady tych, których nigdy żadna troska wieczności nie porusza. Codzienne goniąc sprawy, widzą niedaleko, jutra nie doczekają, ale dziś do nich należy. Oni pojęli dokładnie rzeczywistość i żyją w ruchu pozornym i jakoby świadomym. A jeden mają okrzyk najwyższy: Luidor! i za tym okrzykiem biegną jakoby w otchłań. A była w mieście otchłań ogromna, złoty Pałac Luidora — i ku temu pałacowi szli wszyscy. Tłumy niezliczone były w krużgankach pałacu, na schodach jego i w salach jego — i wrzawa była taka straszna, jakoby dwa huczące morza w jedno się zlały i dwie burze w jedną połączyły się burzę. A wrzawa ta mięszała się ze świstem lokomotyw, i z wyciem kotłów parowych, i z hukiem młotów, który od fabryk dochodził — i płynęła w czarnym dymie węglowym, co się w powietrze unosił z wysokich kominów.
I od czasu do czasu tylko słychać było jakoby oderwanych fal wycia szalone:
— Akcye tunetańskie! Kopalnie złota w Afryce! Kolej Atlantycka! Cukrownie brazylijskie! Plantacye kawy i herbaty! Jedwabie indyjskie!
Były to rozmaite prowincye królestwa Luidora i tak ogłaszały wartość swoich płodów, a sprzedawało się tu wszystko: zboże, cukier i alkohol, jedwab, ziemia i żelazo, srebro i złoto, papier i kamienie, ludzka myśl i ludzka dusza...