Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I było wielkie — jakoby w pozaziemskiem natchnieniu urodzone, zjednoczenie dusz.
Gdy naraz — jako zgrzyt wśród harmonii — zabrzmiał głos protestu, a był to głos starca pustelnika...
— Chwała samotności! Potężnym jest człowiek tylko wówczas, kiedy stoi sam! Niechaj każdy człowiek będzie jako świat osobny!...
I wnet mu odpowiedzieli ci, których to słowo wstrząsło do rdzenia:
— O jakie straszne słowo powiedziałeś starcze — jakie potężne słowo!...
I naraz się rozdarło zjednoczenie — i rozpadli się ludzie na dwie gromady, a jedna mówiła: Zjednoczenie, a druga Rozdarcie... I nastała walka między temi duszami, które chciały płynąć razem, a temi, które ukochały samotność...
I na nowo rozpętały się egoizmy... a ci, którzy osiągnęli światło, gardzili tymi, co byli w mroku.
A młodzieńcy mówili do siebie:
Prawdę mówi ten — wielką jest samotność! Pójdźmy na pustynię. Tam żyją mędrcy samotni — oni nam wszystkie tajemnice objaśnią...
Ów zaś, który gromił czarne proroki, mówił w zwątpieniu:
— Więc tak nietrudno rozbić zjednoczenie! więc tak łatwo iść w rozdarcie... W osamotnieniu iście pokój i potęga! Pójdę i ja na pustynię, a może tam godzinę swoją stworzę... Ale czy wszystkiem jest samotność? — Czy stanę się jako słońce, co w każdej kropli wody się odbija — czy też będę jako w sobie i dla siebie tylko świecący płomień?...
Tłum świątynię opuścił i w ulicach się rozlał. Nędzarze ze smutkiem w oku mówią: chleba — chleba! a młodzieńcy idą na pustynię...