Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wierzę, że wzejdzie ów jasny dzień roków,
Gdy się ten chaos wypromieni w jutrznię —
I znajdzie ludzkość swych nowych proroków
I swą do nieba szturmującą włócznię.


XII.

Słowo jak strumień na wysokich halach:
W doliny płynąc toczy się jeziorem,
W szerokiej rzeki rozlewa się falach
I w końcu morza staje się przestworem.
Tak słowo w coraz kolejnych epokach
Wciąż bytu szersze obejmuje zworza:
A łatwiej płynąć po drobnych potokach,
Niźli po rzece i po wirach morza.
Duch ludzki niegdyś był strumieniem małym,
Lecz coraz bardziej rosnąc w swej potędze,
Za coraz wyższym goni ideałem
I szuka słowa w coraz wyższej księdze.
A teraz zanim wynajdziemy szlaki,
Któremi płynąć nam po oceanach,
Błądzimy po nich jako błędne ptaki —
I płaczem w zwątpień i szału kajdanach.
Błogosławione owe dni świąteczne,
Gdy wszystkie drgnienia człowieczego ducha,
Same się w hymny zlewają słoneczne,
Gdy tęczą błyska owa zawierucha.
Błogosławione dni, w których narody
Dają najwyższe swoich dusz wykwity:
Posągi wieczne — olbrzymie rapsody,
Swych nieśmiertelnych geniuszów granity.
Lecz i tym, którzy przyszli na tę ziemię
W dni czarnych zwątpień, dżdżu i niepogody,
Rodzących nową nowych dusz alchemię,