Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XI.

Są słowa święte — jak ołtarze Boga,
I takie mądre — jak lasów milczenie,
I tak podniosłe — jak do niebios droga,
I takie wieczne — jak łzy i cierpienie.
Są słowa ciche — jak wiosenne kwiaty,
I takie słodkie — jak uśmiech kochanki,
I takie wonne — jak róż aromaty,
I takie miękie — jak motyle tkanki.
Są słowa straszne — jak nędzy zaraza,
I tak śmiertelne — jak grobów całuny,
I tak hańbiące — jako rdza żelaza,
I takie groźne — jak ludów trybuny.
Są słowa lotne — jak skrzydlate ptaki,
I takie jasne — jako błyskawice,
I tak prorocze — jak płomienne krzaki,
I takie wielkie — jako Austerlitze.
I wiele innych słów, przeszywających
Powietrze ziemi, żyje w naszych duszach.
Echo stu wieków planety — jęczących
W swoich Kainach i Prometeuszach.
Wszystkie potopy światów i narodów,
Wszystkie wygnania pokoleń Adama,
Wszystkie nadzieje edeńskich ogrodów,
I wszystkie Eli sabathani lama.
I wszystkie walki ze sfinksem natury,
I wszystkie wizye zagrobowych światów —
I pełny spazmów, głodu jęk ponury —
I groźne blaski jutrzniowych szkarłatów.
I wszystkie Biblie, Korany i Wedy,
W mózgach nam żyją, głusząc się nawzajem,
Wrzawne te dźwięki czyż zleją się kiedy
W nowy Alkoran nad nowym Synajem?