Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Błądzą jak w lesie swoich cnót i przywar
I wieczna niemoc dusze ich kolebie —
Jedyny — straszny tych zapatrzeń wywar.
Czem są te dusze jak muszle zwinięte
W własnego serca egoizm świadomy,
Co mają oczy dla świata zamknięte?
Ach, są to słowa wielkiego atomy.
Słowo jak słońce. Rozpada się w gwiazdki
I z duszy wieszcza płynie w dusze mniejsze —
Aż w końcu zleje swych ogniów pierwiastki
W jaśniejsze słońce, słowo potężniejsze.
A więc nie mówcie, że to słów rozbicie
Jest jako pociąg wyrwany z kolei;
Stanie się słowo w epoki zenicie,
Co świta mówiąc: Nie traćcie nadziei!


X.

Anim zbyt pyszny, anim zbyt pokorny;
Więc i mnie wolno patrzeć w te otchłanie
I przez teleskop ciemności wieczornej
Dostrzegać w dali różane świtanie.
I mnie jednemu z atomów co słucha
Tej głuchej wrzawy — ze swego Patmosu
Rzec wolno, jakie w głębi swego ducha
Apokalipsy widzi śród chaosu.
Bo wszelkie słowo wielkie czyli małe
Ma swoją siłę jak ziarno, ażeby,
Zasiane — błysło w zbóż złocistą chwałę
I w pożywne się przemieniło chleby.
W każdem jest słowie, jakby jakieś echo
Walk, uczuć, marzeń — ludów, krain, czasów:
Tego co boli lub darzy uciechą,
I co się z jutra wydziera zawiasów.