Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Duchowej uczty ścieląc im obrusy,
Błogosławieństwo śląc na ich zagony.
Dźwięcznemi struny budzili narody,
Szekspiry, Danty, Homery, Shelley’e;
Wino miłości i ogień swobody
Wlewali w ludów bratobójcze dzieje.


IX.

Ach, oto przyszły dni smutne jak jesień,
Gdy już ostatnie upadły ołtarze,
Gdy łzy ostatnich zastygły uniesień —
I duch niemieje w stujęzycznym gwarze.
Czy wy słyszycie te świszczące hasła,
Co ulatują w górę jak rakiety?
Ledwie błysnęła — już gaśnie — już zgasła —
I druga za nią — i trzecia — niestety!
Od zbytku haseł my dziś jak sieroty,
Zatraciliśmy blask gwiazdy przewodniej —
I nie jesteśmy już zdolni do cnoty,
Nietylko cnoty, ha, nawet do zbrodni!
My dziś bez słowa! Rozstrzelone duchy
W jeden się tylko patrzą punkt — w swe łono,
I z tej postawy chcą wyłonić kruchej
Jutro z świetlaną na czole koroną.
Duch, co jak żołnierz stoi wciąż na warcie
Nad sobą samym — zapomina świata —
W sobie ma samym jedyne oparcie
I pierś mu własna jak więzienna krata.
Osamotnienia kierowany sterem
(Gdy każdy inny rwie się w inne strony)
Czyż elementom zakróluje czterem,
Czy znajdzie Słowo ten osamotniony?
Biada samotnym! Zapatrzeni w siebie