Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I rzucił w przestrzeń grom swojego głosu.
Fale powietrzne — te heroldy wieszczów,
Drgając, zanoszą jego słowo uszom,
A uszy — sercom; serca — pełne dreszczów —
Przeczuwającym je śpiewają duszom.
Jak w rozpalonym tyglu alchemisty
W jedno się ciało wiążą elementa:
Tak w fali Słowa geniuszu ognistej
W blask jeden spływa czerń słów rozpierzchnięta.


VIII.

Lecz choć potężną jest geniuszu władza
On tylko słowa w jeden dźwięk zestrzela.
Powodziom tamy stawia. Ład wprowadza
W wir. Ale nie bierz go za stworzyciela!
On jest dziecięciem ich. Łonem matczynem
Jest jego słowu — ta słów burza grzmiąca.
Bo każde słowo — słów tysiąca synem,
I każde słowo — ojcem słów tysiąca.
A tak mgławice na niebios błękitach
Rozpadają się na słońca i gwiazdy —
I krążą po swych niezmiennych orbitach
Aż znów je złączy dłoń Ahura-Mazdy.
Jak nigdy nie jest — niby Amen — wieczne
To powstawanie światów i upadek:
Tak żadne słowo nie jest ostateczne
Zwierciadło bytu najwyższych zagadek.
Schodziły z coraz wyższych sfer niebiańskich
Na ten płaczący świat — wielkie proroki
W świetlanych gloryach pomazańców pańskich —
I nieśli słowo na długie epoki.
Były Mojżesze, Buddy, Konfucyusy,
Co chlebem niebios karmili miliony,