Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I nieraz dziecko wieśniaczego proga,
Wędrowny kramarz albo dziad żebrzący
Takie ci słowo powie pełne Boga,
Że stajesz przed nim zdumiony i drżący
I zda się pytać chcesz: Jak i dla czego
Mówisz to? Kto cię uczył tego słowa,
W którem jest pierwsze fiat do ostatniego:
Zgiń! — Lecz nie pytaj, bo ta dusza zdrowa —
Nic o tem nie wie. On je dostał w spadku
Od ojców. Myśl ta urosła w nim sama,
A on ją czyta w każdym polnym kwiatku,
A może brzmiała już w ustach Adama.


VII.

Żadna rzecz nie jest na tej ziemi nowa.
Wszystko się rodzi z rzeczy, które były.
Natura przez się bezpłodną jest. Chowa
W postaci zmiennej wciąż te same bryły.
Nie było nigdy i nigdy nie będzie
W świecie atomów ani mniej ni więcej,
Jak ich jest. Pierwsze ziarna — to narzędzie,
Z których wyrosły tysiące tysięcy.
I słowa ludzkie mają echa wsteczne,
Którym rzucają odgłos Himalaje
I mają ojce jak Adam przedwieczne,
I jako Eden utracone raje.
I przez stulecia płyną jako fale,
W chwili zamętu wyrwane z łożyska,
Rwą się bez ładu w wirującym szale:
Aż oto geniusz okiem na nie ciska.
Znalazł melodyę tej wrzawy niezgodnej,
Uchwycił logikę tego chaosu
Powiedział Słowo — dźwięk wielki i płodny —