Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O, nieraz walką toczy się surową,
We łzach upadków — w jęku samokrwawień!


II.

Bywają nieraz straszliwe potopy,
Co trwają dłużej, niźli dni czterdzieści —
I gołębica-myśl w podniebne stropy
Lecieć nie może — i nowin nie wieści.
I bywa nieraz — w powietrzu epoki
Jakiś poczynań letargiczny zamęt,
Albo też cisza mogilnej opoki,
Jakby ostatnich nadziei testament.
W tym rozpierzchniętych słów głuchym zatargu
Jasnowidzenie swe Psyche zatraca,
I, kiedy ziemię chce budzić z letargu,
Czeka ją wielka — grobów pełna — praca.
Tam w ciemnej kuźni duchowej krainy
Raj utracony opłakują Ewy —
I walki toczą Able i Kainy —
I w skwarnej suszy zamierają siewy.
I jesteś niby oracz kataloński,
Co na kamiennej glebie sieje ziarno;
Miliona kłosów giną ci zawiązki
Nim twoje dłonie jeden chleb wygarną.
O, słowo straszne mieści tajemnice,
Które masz wielbić jak ołtarz w kościele,
Które poskramiać masz jak dzikie lwice,
Które zdobywać masz jak cytadele!


III.

Są noce bólem dziwnym bezimienne,
Gdy dusza walczy — i w niemocy pada —