Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I drży — i łzawi źrenice bezsenne —
I własną sączy krew i woła: „Biada!"
Wstań — niezwalczony — wstań i ponów szturmy,
Porwij za serca swego miecz śpiżowy,
Uderz w miedziane swego ducha surmy
I idź naprzeciw tej hydrze stugłowej.
O, są w tych bojach czerwone sztandary,
I sine pręgi niezerwanych brzemion —
I są nadziei ogniste fanfary
I niby krwawe jęki całych plemion —
I są w tych bojach mordercze ataki,
Piorunne salwy, grady kul armatnich
I purpurowe krwi wylanej szlaki
I piekło spojrzeń, niby śmierć — ostatnich.
Bój to straszliwy: krótkie w nim spoczynki,
I długie, blade od mroku czuwania,
I w głuchej ciszy wrzawne pojedynki,
Rany — upadki — i zmartwychwstawania.
Od wytężenia rumiane źrenice
W niedoścignione chcą się przebić cele,
I chcą przeniknąć słowa tajemnice —
I lwic ryczących oniemić gardziele.
Jak niewzruszony bóg, który z cysterny
Czasu — dni zlewa po grobach-kołyskach:
Tak demon słowa jest niemiłosierny
I obojętny płynie po zjawiskach.
I bóg ten ofiar wymaga okrutnych
I modłów, samej naturze wydartych,
I pustelniczych cel — i szat pokutnych,
I samokrwawień ducha niezatartych.


IV.

Bo jak rozwiązać te węzły subtelne,
Gdzie się patrzący wzrok zlewa z widzianym