Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O naturo, płodna ty macierzy,
Miłosierna matko dusz i ciał!
Czy ci nie żal tych puszcz bez rubieży
I tej wody, co jak rozlew bieży,
I tych wolnych, niebotycznych skał?

I tych ludów w tobie rozkochanych,
Co bez więzów żyły śród twych gór —
I nie znały granic krwią zalanych.
Ani znały żadnych praw pisanych,
Ani żaden nie chronił ich mur?

Hej, naturo, rannem swojem łonem
Wzywaj syny! Zbudź ich ze snu, zbudź!
Obce pany przyjdą z swym zakonem,
Na opolu siędą spustoszonem —
Przeciw wrogom, jak wichry ich rzuć!

Aż zadrżała zdumiona natura
Od tententu i od huku trąb:
A rycerstwo grzmi donośne hura!
Aż się podniósł olbrzym Waligóra,
Aż się podniósł olbrzym Wyrwidąb.

Ni to żubrów zebrały się stada,
Ni to orłów zgromadził się rój:
Waligórów to mężnych osada,
Wyrwidębów to mężnych gromada —
Wstał cię bronić, naturo, syn twój!

Jedni wyszli z borów swoich ciemnych
I od złotych wyoranych pól;
Drudzy wyszli z kopalni podziemnych,
Kędy kruszców szukali tajemnych:
Tak macierzy rozrzewnił ich ból!