Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Złoty włos ich lśnił jak złoto zbóż,
W oczach fala rzek płynęła modra,
Na obliczu był rumieniec zórz,
I z marmurów ramiona i biodra,
A pierś twarda była jak dwie grusz.

Dusze, obce niespokojnym snom,
Jako głębie były przeźroczyste;
Nie wiedziały, co nie srom, co srom,
I półnagie chodziły a czyste —
I czystością ich promieniał dom.

Taka cisza płynęła z ich czół,
Że się od niej weseliły dusze,
I zuchwalec, patrząc na nie, czuł,
Że we własnej skąpałby się jusze,
Choć nie znały przysiąg ani stuł.

A gdy przyszedł ślubnej nocy szał,
To płonęły ogniem ich uściski,
Każdy muskuł, każdy nerw ich drgał,
Wirem huczał potok krwi ich wszystkiej,
Pocałunek każdy lawą wrzał.

Toż z radością przyglądali się
Wyrwidąb i olbrzym Waligóra,
Jak rój dziatek bujał całe dnie:
Jak gołąbka była każda córa,
A syn każdy był jak młode lwię.

Czasem ognisk rozpalili żar
I spijali miody w turzych rogach —
I rozbrzmiewał naokoło gwar:
I mówili o podziemnych drogach,
Gdzie wciąż nowy odkrywali czar;