Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy się rankiem budzili ze snów,
Naprzód pługiem zaorali łany,
A potem szli, niby para lwów,
Bić niedźwiedzie, wilkom krwawić rany —
I z łupami powracali znów.

Waligóra w ciemnych piersiach skał
Toporami przerąbywał groty,
Albo drogi — proste jako strzał,
Albo schodził w podziemiów ciemnoty,
By zdobvwać świat kruszcowych ciał.

A Wyrwidąb mocą swoich rąk
Buki, dęby w lasach rwał z korzeniem;
Chwilę ziemia pusta była wkrąg,
Ale wnet pod świeżej wiosny tchnieniem
Lśniła zbożem pól i kwieciem łąk.

Waligóra z tych podziemnych dróg
Tajemnicze wydobywał skarby
I wytaczał z nich kosę i pług;
A Wyrwidąb ziemię ciął nim w garby,
Co zajaśnieć miały w zboża stóg.

A gdy Wyrwidąb druzgotał las,
Waligóra zbierał sosen bele,
Zbijał w szereg jedną z drugą wraz
I budował białych chat pościele
Dla swych niewiast, swego życia kras.

I gdy słońca purpurzył się skon,
Szli do chat swych ciepłych dwa olbrzymy,
Aby spocząć u śnieżystych łon
(Choć śnieżystych, lecz nie śniegiem zimy)
Ukochanych, złotowłosych żon.